Twarzą w twarz: Wycykał VS Marquez



Mam iskrę bożą. Wezmę ją i podpalę cały świat...

Majowy żar leje się z zadwutlenkowęglowanego nieba, duchota zatyka trzewia, a dzielna, bezrobotna absolwentka tupta sobie z obłędem w oczach po Chorzowie w poszukiwaniu ulicy Dąbrowskiego (nowe sandałki! Trzy odciski na palcach!). Wreszcie owa bezrobotna absolwentka wchodzi do wielkiego gmachu liceum Słowackiego zgrzana jak koń po Wielkiej Pardubickiej. Nader miła pani szwajcarka po zauważeniu intruza pyta: "A ty co chcesz?". Resztką sił witalnych, ostatnim porywem ducha dukam: "Ja na spotkanie "Verity" - dalsze przemówienie zostało mi brutalnie przerwane stanowczym acz lakonicznym: "Pierwsze piętro, sala 211".
Grunt to się nie zrażać. Nie wiem, czy wiecie, co to ma być. To ja wam powiem. Ojciec Naczelny, wielebny Krzysztof Turzański wyznaczył nieuniknioną konfrontację redaktorów i sympatyków naszego międzyszkolnego "szmatławca" [tudzież: brukowca, drugiego Faktu, szmiry plus wiadro pomyj] na 28go maja w Słowaku w Chorzowie. Jak myślicie, czy moja rogata dusza mogła przepuścić taką uciechę? Zatarłam radośnie kopytka- pojadę sobie za free pooglądać wyjątkowe egzemplarze egzotycznych zwierząt, które zowią idealistami. I tych, co wykazali tyle odwagi cywilnej, aby ujawnić swoją tożsamość, choć krew się mogła polać (i prawie do tego doszło, kiedy trafiał mnie szlag, słuchając co niektórych wynurzeń mądrzejszych ode mnie).
...wchodzę więc sobie do sali 211. Pięć osób, a za biurkiem miły pan w szarym garniturze. Siedzi sobie grzecznie za tym biureczkiem i grzecznie prosi do środka. Jak się okazało, prof. Krystian Kazimierczuk, historyk w Słowaku, jeden z współtwórców "Verity".
Nie dzieje się nic, muchy latają, a kwiatki rosną z hukiem i chrzęstem. Lecz godzina zero wciąż jeszcze nie wybiła, nikogo jeszcze na barykadach.
Nagle drzwi się otwierają, z łoskotem, ogniem i iskrami wleciał do sali człek. Człek ów stanowił niewątpliwą atrakcję spotkania, energia i radość buchały z niego jak uran z Czarnobyla- rozumiem się cieszyć na widok czeku na milion dolarów, ale mikroskopijnej zbieraniny uczniów? Człek ów to nasz primus inter pares, Ojciec Naczelny Turzański.
Na spotkanie miała być wynajęta sala gimnastyczna. Tymczasem nawet zwyczajna sala lekcyjna okazała się za duża, bo do Chorzowa swoje zgrabne tyłeczki przyniosło aż dwanaście osób. Reszta siedziała w domu i cierpliwie wkuwała tabliczkę mnożenia, jak na grzeczne dzieci przystało (albo robiła brzydkie rzeczy, o których tu pisać nie wypada).
Dużym zaskoczeniem była obecność dwóch nauczycieli oraz dyrektora Słowaka- prof. Przemysława Fabiańskiego. Po roku ukazywania się "Verity", po jej zmiennych losach, wierzyć się nie chce, że ktokolwiek z ciała pedagogicznego publicznie odważył się przyznać do sympatii dla tego siedliska treści nieczystych. Wbrew oficjalnym wezwaniom dyrektorów do krucjaty przeciw poganom. To rokuje pewne nadzieje na przyszłość, konkretnie na przyszły rok.
Spotkanie rozpoczęło się przemówieniem prof. Kazimierczuka, którego tu ślicznie chronologicznie referować nie zamierzam, bo od takiego sposobu pisania dostaję wysypki i wywrotu wątroby na lewą stronę. Pewnie zrobi to za mnie kto inny. Ważniejsze były poruszane zagadnienia.
Bo wreszcie przyszedł magiczny moment, kiedy trzeba było zabrać się za podsumowanie osiągnięć. Osiągnięciem jest utrzymanie się "Verity" w szkołach [aczkolwiek z części została brutalnie wyrzucona]. I na tym koniec. Podsumowując nasze osiągnięcia jako młodzieży: ŻAŁOSNE. Jesteśmy żałośni jako generacja i jako ludzie. Wyłonił się bowiem tragiczny obraz naszej przyszłej inteligencji. Czyli wszystko to, o czym pisałam nieraz i to, co wraca jak bumerang.
Po pierwsze, owa quasi-inteligencja nie ma żadnych poglądów. 20.000 tysięcy nakładu, 95 szkół na Śląsku - 50 osób pisze. Po raz pierwszy pojawiła się całkowicie wolna, niezależna gazeta międzyszkolna, projekt, którego jeszcze nie było i który mógł się okazać bombą z opóźnionym zapłonem. Stworzony po to, by stał się vox populi młodych. I co? To nawet nie jest petarda za 50 groszy. Pojawiają się nudnawe tekściki w prawomyślnym tonie, aby szkoły rosły w siłę, a uczniowie żyli dostatniej. O ile się w ogóle pojawiają, bo niektórzy nie mają ochoty na zabawę w Orwellowskie dwójmyślenie. Nikt nie potrafi napisać tego, co go boli. Nikt nie wychyli nawet koniuszka nosa poza równy szereg, zgodnie z jedenastym przykazaniem: kto na końcu i powoli, tego nikt nie op...inkoli.
Po drugie - siedemnaście lat demokracji, do kijka wafla. Chyba już czas najwyższy wyrobić w sobie kulturę obywatelską z najwyższej półki, a nie- ze stadionu dziesięciolecia, made in czajna. I chyba należałoby najpierw zrozumieć, czym jest wolność. Wolność mówienia, wolność prasy. Marek Edelman jest autorem słów: "W zasadzie najważniejsze jest życie. A jak jest życie, to najważniejsza jest wolność. A potem oddaje się życie za wolność. I już nie wiadomo, co jest najważniejsze". Czyżby socjologiczny syndrom ucieczki od wolności? Nie pojmuję owej społecznej bierności i apatii, niechęci do zabierania głosu w publicznej debacie, która przecież otwiera morze możliwości, o czym piszą we wszystkich książkach do wosu. Potem z grona biernych, apatycznych podglądaczy życia wywodzą się nasze plutokratyczne kadry rządzące, zorientowane na własne prywatne interesy, nierozumiejący swej roli w życiu publicznym. A potem Wy siedzicie w domu i płaczecie, co też za idioci nami rządzą. Jakby ci idioci wywodzili się z Melmack, a nie - z Waszego podwórka.
Po trzecie - kolejną przygnębiającą rzeczą, abstrahując już od społeczno - politycznych moralizatorskich frazesów, jest podrzynanie gardeł w obrębie własnego stada. Pojawiła się w czasie spotkania kwestia niby-kontrowersyjnych tekstów i odpowiedzialności za słowo- jedna z nielicznych spraw rozgrzewających do białości i grożących niekontrolowanym zawałem. Wypłynęła osoba Heja Banana, która rzekomo obraża świętoszkowatą młodzież i ma za długi jęzor. Bo o pewnych, TYCH sprawach nie wolno mówić. Dlatego ta młodzież nie uszanowała zasad kulturalnej debaty i prawa autora do pozostania anonimowym. Heja Banana została zidentyfikowana jako winowajczyni i mam nadzieję, że udało jej się uciec przed linczem, który był bardzo realnym zagrożeniem.
Jeśli ktoś nie potrafi wyciągnąć wniosków ogólnych z artykułu i wszystko bierze do siebie, to ja bardzo takiej osobie współczuję. Będzie musiała spędzić 89% życia jako smerf maruda i siedzieć w kąciku, użalając się nad swoją krzywdą, albo- szczekać najgłośniej pośród sobie podobnych. Taka jest polska, sarmacka mentalność, by nagą prawdę wykopać poza granicę świadomości. Nakrzyczeć, napluć, sponiewierać.
Jasne, że przyjemniej byłoby pisać teksty w białych rękawiczkach. Wyglancowane, mięciutkie i pachnące. W tonie kulturalnej wymiany poglądów przez intelektualistów. Jednak ten rok pokazał, iż młodzież nie tego potrzebuje. Aby zareagowała, potrzebne są naprawdę silne bodźce, nieraz ze skandalem w tle. Ożywia się na widok artykułów, które spowodują burzę, a w których my, autorzy, musimy przejaskrawiać, szydzić i posuwać się nieraz do atawistycznych zagrywek. Bo nikomu się nie chce, nikt nie czyta, nikt się nie interesuje- panuje przekonanie, że na korytarzach szkolnych znajdują się wtórni analfabeci, wedle opinii jednej z uczestniczek spotkania. To rękawica rzucona w Waszą stronę. Jeśli tak naprawdę jest i kult przeciętności zatacza coraz szersze koła, to ja wypisuję się z tego interesu. Skoczę z kamieniem młyńskim na szyi do wody (najlepiej do Szarlejki- uduszę się w locie od odoru). Bo po to dała Wam Bozia rozum, żeby z niego korzystać. Inaczej człowiek nie różni się niczym od najpodlejszej gadziny- chodzi, je, wydala i mnoży się.
Oczywiście, że smutne. Tym bardziej, kiedy prof. Kazimierczuk i Ojciec Naczelny zaczęli opowiadać o swoim płynięciu pod prąd z ‘Veritą’ i wprost niewyobrażalnych problemach.
Po negatywnym zaopiniowaniu aktywności młodzieży ten duet natchnął mnie optymizmem i wiarą w lepszy świat. Nigdy, jak żyję te osiemnaście i pół roku, nie spotkałam tak pozytywnie zakręconych ludzi. Dla nich "Verita" to coś więcej niż gazeta. To pasja, namiętność, walka z przeciwnościami podpadająca pod nieuleczalny romantyzm. Ojciec Naczelny zasuwa po 15 godzin na dobę, odwala kawał dobrej roboty w ramach sztuki dla sztuki. Jak go żona wyrzuci z domu za nieproduktywność materialną, trzeba będzie stworzyć fundację na rzecz utrzymania Naczelnego przy życiu.
O tych panach zazwyczaj nie mówi się na łamach "Verity". A tym bardziej nie mówi się o trudnościach finansowych, spowodowanych wydawaniem "Przeglądu", o płakaniu, żebraniu, proszeniu, żeby gazeta została przyjęta do szkół. O bieganiu, załatwianiu, kombinowaniu na prawo i lewo. O nieprzyjemnych rozmowach prowadzonych z hiperultrakonserwatywnymi dyrektorami placówek oświatowych.
Rozmawialiśmy o tym do późna już na nieoficjalnym spotkaniu w knajpce (przy herbacie i coli- gwoli zapobieżenia posądzeniom o demoralizację młodzieży).
Wiecie, ile osób zostało na tym przyjacielskim spotkaniu?
Trzy.

P. S. Przekonali mnie.

Monika Wycykał
II LO Tarnowskieg Góry



Zdań kilka (nie) na temat, czyli którędy wycieka Boża iskra

Oj, przebrała się miarka. Z czary goryczy kapie, że aż miło, a noż (ten, co to się otworzył w kieszeni) krwi pragnie. Czas na wojnę, braci miła...
A wszystko przez tekst Moniki Wycykał "Mam iskrę bożą (...)" z czerwcowej "VERITY". Bo nie dość, że autorka bezlitośnie krytykuje rzeszę ludzi, do której należę (na dodatek bezwstydnie używając słowa, którego nie rozumiem - plutokracja), to jeszcze - o zgrozo - ma trochę racji... Tego ostatniego już zdzierżyć nie mogłem, toteż piszę. Ale po kolei.
Aby wypełnić dziennikarski obowiązek (ależ ze mnie dziennikarz...) wspomnę, że głównym zarzutem był mały odzew, słaba reakcja na powstanie Przeglądu Szkolnego "VERITA". Pięćdziesięciu piszących na 95 szkół, do których trafia Przegląd - fakt, liczba nie powala na kolana. Circa pół osoby na trzysta-, czy nawet sześćsetosobową szkołę. Czyli "żałosna generacja" i "quasi-inteligencja bez poglądów", jak podsumowuje kol. Monika? Niekoniecznie. Trzeba zauważyć, że pisanie w "VERICIE", przy pełnym uznaniu dla jej wyjątkowości ("niezależna gazeta międzyszkolna"), nie jest jedyną formą wyrażania swoich poglądów. Są jeszcze setki innych gazetek szkolnych oraz gazet i czasopism lokalnych, nie wspominając o portalach i stronach internetowych czy różnych organizacjach, instytucjach i stowarzyszeniach, gdzie młodzież w wieku licealnym pokazuje swoje przekonania. I jeszcze jedna kwestia - nie każdy odczuwa potrzebę manifestacji własnego zdania na szerszym forum - taka już różnorodność typów osobowości, że niejeden woli zamiast tego pograć w piłkę, poczytać "Kroniki Amberu" Zelaznego (yeah, kryptoreklama) albo pograć na skrzypcach. I właśnie wtedy stawia na swoim. Zresztą grając w zespole lub malując obrazy też coś się wyraża.
Odnośnie zaś "prawomyślnego tonu", którym podobno charakteryzują się zamieszczane w "VERICIE" teksty - nie zauważyłem. Owszem, wiele tekstów odważnie, czasem może nawet beztrosko stawia śmiałe tezy. Niejednokrotnie budzą one sprzeciw - za przykład postawię moją (skromną) osobę - zlewaczoną, ale jednak konserwę, w której żółć zawrzała nieraz podczas czytania tych herezji. Tyle, że - jak już pisałem - nie zawsze sprzeciw ten musi zostać wyartykułowany. W moim przypadku było tak, jak widać, do czasu.
Być może autorka świadomie przejaskrawia - w końcu sama pisze, że tak trzeba, aby młodzież zareagowała. Nie wiem, czy trzeba, ale wiem że jej się udało - bo oto kipiąca młodość w mojej osobie zareagowała. Zareagowała, bo sądzi, że choć nie jest różowo, to nie jest też tak tragicznie.
No i na koniec porcja wazeliny (jakoś trzeba podrasować artykuł, żeby go opublikowali, nie ??)...Ej, wymsknęło mi się... W każdym razie dzięki Wam za to, co robicie. Autorzy i koordynatorzy. Oby było z tego coś dobrego - czego niniejszym Wam i sobie życzę.

P.S. A spragniony krwi nóż - jak zwykle ostatnimi czasy - musi się obejść ze smakiem...

Tito Marquez
Salezjańskie LO Zabrze



Wojna na plastikowe nożyki

Yes, yes, yes! Wreszcie dostałam intymną polemikę do mojego tekstu. Tito Marquez z Salezjańskiego LO w Zabrzu, określający siebie również jako konserwę (turystyczną...?) z wrzącą żółcią, poczuł się zraniony w miłości własnej moimi bluzgami. Wprawdzie temat został już przetrawiony po wielokroć, ale... Napocił się chłopak nad przemyśleniami, napocił nad pisaniem, czekał cierpliwie całe wakacje, aż mu to opublikują- wypada podjąć rękawicę ciśniętą w moją stronę. Z czystej ludzkiej uprzejmości.
Pisałam o fiasku "Verity", pisałam niejednokrotnie o degeneracji intelektualnej młodzieży licealnej. I pan Marquez per konserwa poczuł społeczny obowiązek nawrócenia mnie na prawomyślną drogę. Mylę się (podobno), mówiąc, że młodzież nie manifestuje swojego zdania, bo tego zdania zwyczajnie nie posiada. Pan Marquez stawia tezę, skądinąd niepodpartą ani jednym konkretem, że młodzi ludzie swój szał twórczy przeżywają na łamach "setek innych gazetek szkolnych, gazet i czasopism lokalnych". Faktycznie, stwierdzenie jest urocze i rozszerza moją wiedzę o świecie. Do dzisiaj nie miałam pojęcia, że do redakcji lokalnych czasopism biją tłumy młodych ludzi, wymachujących zadrukowanymi kartkami, z obłędem w oczach domagający się natychmiastowej publikacji. Niestety, pan Marquez nie uzupełnił mojej wiedzy o dane statyczne, ile osób dziennie umiera pod drzwiami tudzież popełnia samobójstwa po brutalnym odrzuceniu felietonu lub reportażu.
Zresztą, dostaję kolejne pouczające stwierdzenie, iż "sprzeciw ten nie zawsze musi być wyartykułowany". I ja się z tym panem zupełnie zgadzam! O ile umiejętność czytania jest wpajana przemocą w siódmym roku życia i czasem jednak potrzebna, o tyle wyrażanie sprzeciwu wobec tego, co się wyczytało, jest nie lada trudniejsze.
Po pierwsze, pojawia się problem rozumienia tekstu. Naród przyzwyczaił się do pisma obrazkowego i logiki Kalego, które funduje warstwa rządząca w ramach komunikacji społecznej. Lenistwo w odbiorze jest pierwszą barierą w odbiorze jakiegokolwiek tekstu. Po drugie, teksty są zazwyczaj na tyle złośliwe, że w każdym wystąpi jakieś słowo, którego normalny, praworządny obywatel nie zrozumie- nie wspominając o licealiście. Nieraz poziom leksyki piszącego nie przystaje do poziomu leksyki czytającego, do czego wzruszająco przyznaje się też pan Marquez. Skoro już sam odbiór tekstu wzbudza takie problemy, to jak tu mówić o sprzeciwie? Skąd przeciętny młodzianek ma wziąć umiejętność budowania zdań poprawną polszczyzną, skąd wziąć brakujące słowa? Jak przekuć kłębiące się wężowisko myśli w zgrabny, perswazyjny tekst, który będzie sprzeciwem najwyższego lotu, sprzeciwem sprzeciwu, ewangelią sprzeciwu, poezją sprzeciwu, sprzeciwem uniwersalnym?
Pan Marquez a priori odpowiedział na moje zarzuty. Przyznaje młodzieży prawo do nieumiejętności wydania sądu na szerszym forum. Przyznaje prawo do wstydu za własne słowa, ale w salezjańskiej dobroci dostrzega inne formy wyrażania siebie. Otóż, środowisko pana Marqueza w chwilach wolnych od szkoły i nauki ćwiczy grę na skrzypcach, czyta ambitne książki, maluje obrazy i gra w zespołach (nie zostało powiedziane: w jakich, może skrzypcowych..?). Myślę, że należy program pedagogiczny liceum, gdzie uczęszcza pan Marquez, uczynić programem ogólnopolskim.
Ironia ironią. Poważniej należy zastanowić się nad argumentem, jakoby młodzież wyżywała się pokoleniowo na portach, stronach internetowych, w organizacjach, instytucjach i stowarzyszeniach (podaję za: panem Marquezem).
To prawda, młódź spędza tyle czasu przy szklanym ekranie komputera, że prędzej czy później się powyraża w sieci wirtualnej. Na bieżąco czytam Onet, gdzie pod każdym artykułem można znaleźć przynajmniej z kilka tysięcy opinii, które wyszły spod klawisza naszych dzielnych młodzianków. Szkoda, że nie wszystkie się zachowują, ponieważ nieraz są usuwane z powodu naruszenia regulaminu. Administratorzy coś nie chcą docenić głosu pokoleniowego i poetyki sprzeciwu. Dlatego założyłam sobie prywatne forum w postaci bloga, aby vox populi mógł rozbrzmiewać tym donośniej. I studiuję sobie te inwektywy, studiuję ograniczone horyzonty, podziwiam całe bogactwo frustracji, agresji, nienawiści, ślepej furii, zarozumiałości.. W tym momencie myślę sobie, że już wolę już ten pozytywny obraz młodzieży w "Vericie". Bo w tym kontekście jest on bardzo, bardzo pozytywny. Więc po co ta polemika, panie Marquez?

PS. Więcej felietonów na: www.phantom-of-the-monique.blog.onet.pl
PS2. Zmieniłam przynależność do liceum na przynależność uniwersytecką.

Monika Wycykał
Uniwersytet Śląski
Copyright © 2006/2007 Krzysztof Turzański