Przestrzeń artystycznych wyobrażeń

Na psa urok
Kuba Jankowski - "Codzienność"
Andrzej Dynkiewicz - "Koń by się uśmiał"
Kuba Jankowski - "Krzysiowi,"


Na psa urok

Żadna w Polsce koalicja
Długo nie trwa, to tradycja.
Widzi przecież nawet ślepy,
Każda silna, a brak krzepy.

Od lat w kraju, wręcz niezdrowy!
Wszelki układ jest grupowy.

Chociaż to cokolwiek głupie,
Politykom szkodzi w grupie.
Wspólny program, sztandar, tarcze,
Niby dobre, a tu charcze.

Ledwo w jedność się połączą,
Zwiążą w całość i... poplączą.

Każdy chciałby rządzić solo,
Od wspólnoty zęby bolą!
Bo choć, ot podobni dębom,
Każdy chodzi z krzywą gębą.

Skąd miast siły zdań różnica?
Tkwi w tym jakaś tajemnica.

Jedni mówią, drudzy twierdzą:
Koalicje w Polsce śmierdzą!
Dobrze chociaż że w przenośni,
A i tak my nie radośni.

Fakt, że biorą się za bary,
To są chyba istne czary.

Przyjdzie taki, co zazdrości,
Tej harmonii, tej miłości,
Od samego drań już rana,
Bawi co dnia się w szamana.

Urok, a nie popelina,
To rozpadu grup przyczyna.

Kiedy układ stoi z czartem,
Koalicje diabła warte.
Choć starają się chłopaki,
Wynik zawsze byle jaki.

Przyczyn innych nie szukajmy,
Lecz urokom odpór dajmy.

Nie czas więc rządzących winić,
A po prostu sejm odczynić.
Trzeba maga lub znachora,
Polska polityka chora!

Czary mary czyńmy, kurna,
Odczyniając: urna, urna.

Codzienność

cóż można rzec, gdy wody nie ma w basenie
gdy słońce przeplata się z deszczem i tęczą
gdy dziś plus trzydzieści a jutro plus cztery
do szkoły? nie! bo tam nas męczą!

a cóż można rzec, cóż nam jest począć
gdy szkoła to mus, codziennie z rana
wyciąć z życiorysu dni raczej nie można
można wybrać na ministra, Giertycha Romana!

więc wpadnie i piątek wolny na powitania
i rok szkolny wcześniej - dwudziestego trzeciego
i cóż nam szukać gdzie indziej wygnania
uciekajmy wszyscy do kraju naszego!

Kuba Jankowski

Koń by się uśmiał

Śmiałby Fredro się i Wiech,
Z tego, że niezdrowym śmiech.
Że wesołość, życie z ikrą,
Rzeczą może stać się przykrą.

Choć to wielce niedorzeczne,
Śmianie dzisiaj niebezpieczne.

Cóż, że w Polsce wszędzie, wkoło,
Żartobliwie, wręcz wesoło,
Kiedy humor, dowcip - Boże!
Ością w gardle stanąć może.

Dziś za śmichy, chichy, rżenia,
Trafić można do więzienia.

Są dziedziny takie życia,
Z których zarżysz i do kicia!
Lub obecną modą dziwną,
Mogą cię ukarać grzywną.

Humoreska i satyra,
Więziennego ma smak wyra.

Pogląd się obecnie szerzy:
Śmiać się głośno nie należy!
Zrywać boków, szarpać schabów,
Z pewnych rzeczy, bo są tabu.

Nie okraszać wesołością
Tego co jest dziś świętością.

Na tematy zakazane,
Śmiać się dzisiaj nam nie dane:

Z europosła, choć świntuszek,
Z bliźniąt wszelkich, w tym z kaczuszek,
Z gościa, który budżet łupi,
Z polityka, chociaż głupi.

Z koalicji, cóż że chora!
Z radia ojca dyrektora,
Ze skarbówki, ZUS-u, sądu,
Z urzędników, z posłów, z rządu.

Zwłaszcza z wice (sza!) premiera.

Et cetera, et cetera...

Sam Wiech w grobie się przewraca,
Że śmiech dzisiaj nie popłaca.
Zamiast śmiechem licho kusić,
Nieraz lepiej się udusić.

Żarty, owszem, lub piosenki,
Lecz na temat... Łukaszenki.

Andrzej Dynkiewicz

Krzysiowi,

Wiatr targał koronami drzew, zza których prześwitywało słońce gdy
chłopak wszedł na boisko. Był sam.
Zdjął plecak, wyciągnął z niego piłkę i zaczął rzucać do kosza.
Kilka zwodów, fikcyjny przeciwnik już za plecami, dwutakt i kosz.
Piłka poszybowała ku obręczy i przeleciała przez nią. Czysto.
Cholernie czysto.

***


Dziewczyna była smutna. Jej zawsze poukładane włosy były rozczochrane.
Jej zawsze pewne spojrzenie dziś straciło na mocy. Wyblakło.
Ona też była blada, jak chmury odbijające się w wodzie fontanny obok
której właśnie przechodziła. Ruszyła chodnikiem wzdłuż teraz ulicy a po chwili weszła do parku i stanęła za drzewem, kilkaset metrów od boiska.
Na tyle blisko jednak, aby widzieć je dokładnie.
Na tyle blisko, aby mogła dostrzec każdy ruch chłopaka, który na nim przebywał.
Każdy.

***


Chłopak rzucał z półdystansu.
Cztery pudła pod rząd. Piłka w powietrzu ii... kolejny raz odbija się od obręczy. Wzrok do nieba, lecz zaraz potem w ziemię.
Ziemia przeczy snom.
Pytasz, czy wiedział, że to właśnie ziemia owym snom przeczy? Nie miał o tym pojęcia. I bardzo dobrze.

***


Dziewczyna usiadła na ławce. Za plecami miała boisko na którym
znajdował się chłopak jej życia.
Nie podejdzie? Nie, nie zrobi tego. Pytasz dlaczego?
Ja również pytałem. Długo i bezowocnie.
Spojrzała w niebo.
Z północy nadciągały czarne chmury.

***


Chłopak był już zmęczony. Piłka wyleciała na trawę, daleko poza
boisko.
Nie chciało mu się po nią iść.
Usiadł pod koszem i zdjął koszulkę. Chciał ją rzucić za siebie lecz spojrzał na nią i zamyślił się. Zwykła, czarna koszulka z pacyfką.
Wyrzuć ją, wyrzuć!
Nie mógł. Dostał ją od Niej.
Chłopak spojrzał nań jeszcze raz.
Rozejrzał się, czy jest sam. Był.
Przytulił do siebie koszulkę i musiał mocno, naprawdę mocno zacisnąć
zęby, żeby się nie rozpłakać.
Nie uronić ani jednej łzy.

***


Dziewczyna trzymała w rękach stokrotkę. Dawno już zgubiła rachubę - kocha, nie
kocha, kocha, nie kocha, kocha... I tak w kółko. Nie wiedziała już czy chmury z których zaczął kapać deszcz to jakiś realistyczny sen, czy rzeczywistość.
Jej rzeczywistość.

***


Zaczęło padać. Chłopak otarł oczy i pobiegł po piłkę zostawiając
koszulkę pod koszem. Jego oczy skrzyły rumieńcami słońć. Mieniły się kłosami złotych traw. Tańczyły w piekielnym wirze.
Pytasz dlaczego? Ja również. Miał zbyt twarde spojrzenie, żebym odważył się zadać
mu to pytanie.
Stanął z piłką przed koszem. Jego oczy zapłonęły żywym ogniem.
Rzucił z dystansu, za trzy...
Czysty.

***


Dziewczyna była zamyślona. Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha, kocha,
nie kocha, kocha...
Na stokrotce nie było już więcej płatków.

***


Rzut za trzyyy iii... czysty!
Kolejny!
I znowu!
Chłopak szalał z piłka po boisku ośmieszając armie fikcyjnych
przeciwników. Zwód, zwód, półdystans i kosz od tablicy.
Padało coraz mocniej.
Założył plecak i wziął piłkę do rąk. Ostatni rzut.

***


Kocha. Naprawdę kocha!
Zaśmiała się pod nosem.
W co ja wierzę, co ja robię? Urządzam jakieś śmieszne szopki, idę za
nim na kosza, siedzę na ławce i podglądam jak gra...
Właśnie. Urządzam śmieszne szopki. Tanie pokazówki. I po co?
Myślisz, zmądrzała. Myślisz podejdzie do Niego teraz?
Myśl. Ja też myślałem.
Krople deszczu przemykały między liśćmi drzew. Dziewczyna poczuła coś mokrego na policzku.
Deszcz? Nie.
To była łza.

***


Ostatni rzut.
Uniósł ręce do góry i wyrzucił piłkę. Tym razem nie mogło być inaczej.
Czysty.

Podniósł ją ziemi i ruszył w stronę domu.
Przeszedł obok fontanny, obok bezdomnego siedzącego przy krawężniku z
reklamówkami. Minął ławkę na której siedziała jakaś dziewczyna...
Szedł do domu.
Stanął na przejściu dla pieszych.

***


Dziewczyna wstała z ławki. Rzuciła parasol i torbę. Biegła na boisko ze łzami w oczach.
Biegła do niego.
Potykając się o rozwiązane sznurówki biegła do miłości jej życia...
Zatrzymała się kilka metrów przed boiskiem.
Było puste.
Łzy kapały na ziemię, mieszając się z deszczem, który beznamiętnie
padał i padał...
Biała błyskawica rozdarła niebo na pół.

***


Chłopak przeszedł przez jezdnię, gdy nagle przypomniał sobie o czymś.
- Kurwa, zostawiłem koszulkę - mruknął pod nosem, po czym odwrócił twarz w stronę boiska.
Nie zauważył nadjeżdżającej ciężarówki.
Rozpadało się na dobre.

Kuba Jankowski

Copyright © 2006 Bartosz Makieła